Logowanie (rejestracja)

Zapomniałeś hasła?

Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się!

REKLAMA

Anwil czy Czarni - dla kogo medale z brązu?

PLK | 29.05.2016 09:20

W niedzielę startuje rywalizacja o brąz. Trochę w cieniu walki o złoto, ale obecność w małym finale Anwilu i Energi Czarnych Słupsk gwarantuje emocje. Włocławianie chcą wrócić na podium, Czarni chcą utrzymać trzecie miejsce z poprzednich rozgrywek. Co będzie kluczowe dla obu drużyn?

ANWIL:

1. Obudzić Davida Jelinka!
Czy czeski strzelec, który od kilku tygodni gra słabiej i rozczarował w półfinale z Rosą, naprawdę zamierza skończyć sezon w ten sposób? Gdzie jest ten przebojowy zawodnik, który pobił ligę jesienią i w zimie, który potrafił zdobywać punkty na najróżniejsze sposoby i być efektownie grającym liderem? Może teraz, gdy presja jest już jednak nieco mniejsza, Jelinek się obudzi, zagra aktywniej, bardziej zdecydowanie w ataku i pociągnie za sobą zespół? Tego Anwilowi, który na dodatek ma problemy z kontuzjami, bardzo trzeba.

2. Utrzymać sprytną obronę
To, że Rosie udało się pokonać Anwil, znajdując dziury w jego zmiennej defensywie, nie oznacza, że Czarnym też się to uda. Dlatego Anwil nie powinien zbytnio kombinować i odchodzić od tego, co dawało efekty przez zdecydowaną większość sezonu - próby pułapek na całym boisku, przejście do strefy 1-3-1 lub 2-3, zmienianie obrony na indywidualną. To często wybijało z rytmu rywali.

3. Przywrócić status twierdzy
Po dwóch wygranych Rosy w Hali Mistrzów, niezwyciężona aura tego obiektu odeszła w zapomnienie, ale to nie znaczy, że Czarnym będzie się tam grało łatwo. Hala i kibice wciąż są dużym atutem Anwilu, energia płynąca z trybun może dodać skrzydeł włocławianom. Ale też łatwiej o to, jeśli koszykarze dadzą kibicom impuls do dopingu - ambicja, błyskotliwe akcje i werwa wskazująca na to, że brązowy medal jest we Włocławku czymś bardzo pożądanym, pomogą rozpalić Halę Mistrzów do odpowiedniego poziomu.

CZARNI:

1. Aktywny J-Blass
Amerykanin musi wykorzystać kontuzję Roberta Skibniewskiego i, mówiąc wprost, spróbować „zajechać” Kamila Łączyńskiego. Jeśli Blassingame będzie grał tak, jak potrafi najlepiej - jeśli będzie przyspieszał grę, wymuszał faule, gadał z rywalami odciągając nieco ich uwagę od parkietu - Czarni będą bliżej zwycięstw. Ze Stelmetem J-Blass wypadł, co zrozumiałe, słabiej niż z Polskim Cukrem, ale też Anwilowi bliżej do drużyny z Torunia niż do obrońców tytułu.

2. Wygrać walkę o zbiórki
Cheikh Mbodj i Justin Jackson, ale nie tylko oni, są w stanie wygrać zdominować tablice, co jest ważnym elementem zwycięstw Czarnych. Zbiórka w obronie umożliwia wyprowadzanie kontr, a mając takich graczy jak Blassingame, Jackson czy Demonte Harper, słupszczanie potrafią to robić. W Anwilu specjalistą od zbiórek jest ostatnio Robert Tomaszek i, by osiągnąć sukces na deskach, to jego trzeba przede wszystkim zastawić i wypchnąć spod kosza.

3. Zaatakować w pierwszym meczu
Tak, jak w ćwierćfinale, gdy słupszczanie odebrali Polskiemu Cukrowi przewagę boiska już w pierwszym spotkaniu. W rywalizacji o brąz będzie ją miał Anwil, więc Czarni, by zdobyć medale, będą musieli wygrać na wyjeździe przynajmniej raz. I łatwiej będzie im rzucić wszystko na szalę w pierwszym meczu, gdy obie drużyny, po długiej przerwie, będą szukać swojego rytmu. Anwilowi może pójść z tym trudniej, bo przegrany półfinał i kontuzje chyba w większym stopniu odbiły się na drużynie niż na Czarnych odpadnięcie ze Stelmetem.

Terminy:
Niedziela, 29 maja, g. 18, Włocławek
Środa, 1 czerwca, g. 18.15, Słupsk
sobota, 4 czerwca, g. 18, Włocłwek (jeśli będzie konieczne)

W sezonie zasadniczym: 1:1 (77:71 dla Czarnych w Słupsku; 91:83 dla Anwilu we Włocławku)

Typ PolskiKosz.pl: 2:1 dla Anwilu. Po bardzo zaciętych, twardych spotkaniach.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl
 

Mistrzowski popis Splash Brothers!

NBA | 29.05.2016 06:06

Golden State Warriors byli w tej serii na krawędzi. Byli też na krawędzi w czwartej kwarcie szóstego meczu w Oklahoma City. A jednak go wygrali dzięki znakomitej końcówce Klaya Thompsona i Stephena Curry’ego. Będzie siódmy mecz!

Co to było za spotkanie! Przez jego większość mogło się wydawać, że świetni Thunder włożą między bajki opowieści o najlepszych w historii Warriors. Że rekord z sezonu zasadniczego zblednie, bo Curry i spółka nawet nie awansują do finału. Ale obrońcy tytułu wciąż mają na to szansę, ze stanu 1:3 podnieśli się na 3:3, a siódme spotkanie rozegrają u siebie w Oakland.

I zrobili to w stylu, który może zostać zapamiętany na długo. Wyśmienita forma strzelecka w najważniejszych momentach, przyćmiła wszystkie słabsze chwile Warriors w sobotnim spotkaniu!

Przez większość meczu na wygraną obrońców tytułu się nie zanosiło, 5 minut przed końcem Thunder prowadzili 96:89. Ale za trzy trafił wtedy Thompson, który w tym meczu najczęściej dawał Warriors sygnał do odrabiania strat. Obrońcy tytułu z akcji na akcję byli coraz bardziej pewni, w końcu do ataku aktywniej włączył się Curry - MVP trafił dwie trójki w ciągu kilkudziesięciu sekund i wyrównał na 99:99.

Potem Warriors przypomnieli wszystkim, że są świetni w obronie. Andre Iguodala wybijał piłki przerywając akcje Russella Westbrooka i Kevina Duranta, Thunder mieli wielkie problemy ze zdobyciem punktów. A Warriors - przeciwnie. Thompson trafił następną trójkę na 104:101, w końcówce dwa ważne przechwyty zaliczyli jeszcze Draymond Green i Curry. Warriors wygrali 108:101 i przejęli inicjatywę w serii. W poniedziałek w Oracle Arena to oni będą faworytem.

Thompson i Curry rzucili aż 70 ze 108 punktów zespołu. Pierwszy zdobył 41, trafiając 11 z 18 trójek i ustanawiając rekord playoff pod względem celnych rzutów z dystansu. Curry rzucił 29 (6/13 za 3), dodając 10 zbiórek i 9 asyst. Green dodał 14 punktów, 12 zbiórek, 6 asyst, 3 przechwyty i blok, w końcówce bardzo ważne akcje wykonywał Iguodala.

Thunder? Przeważali przez cały mecz, Westbrook i Durant mieli świetne momenty, wspomagali ich gracze drugiego planu - Steven Adams, który miał aż 6 zbiórek w ataku, Enes Kanter, który zdobył 8 punktów, a także Andre Roberson (11). Ale do czasu. W końcówce w drużynie gospodarzy nie działało już nic, Durant (29 punktów, 10/31) i Westbrook (28 punktów, 9 zbiórek, 11 asyst) nie udźwignęli roli liderów w akcjach, które mogły dać ich drużynie awans do finału.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Wikimedia commons
 

Stelmet na poziomie, Rosa rozbita

PLK | 28.05.2016 21:56

Mistrzowie Polski tym razem nie pozwolili Rosie Radom na podrygi. Prowadzili od początku, do końca, byli bezdyskusyjnie lepsi. Wygrali 70:51, w finale prowadzą 2:0, a Dee Bost wyrasta na faworyta do nagrody MVP.

W odróżnieniu od czwartkowego meczu, sobotnie spotkanie nie miało historii, nie było emocjonujące. Stelmet zaczął skoncentrowany, zmobilizowany w defensywie i nie pozwalał Rosie się rozkręcić. Po asyście do Mateusza Ponitki, a potem punktach Łukasza Koszarka było 11:3 na początku meczu, po wsadzie Dee Bosta z kontry, który dał mu 7 punktów w pierwszej kwarcie, zrobiło się 20:9, a po dwóch trójkach Karola Gruszeckiego oraz trafieniu Adama Hrycaniuka obrońcy tytułu wygrywali w drugiej kwarcie nawet 33:10.

I choć Rosa przed przerwą zmniejszyła straty do 25:37 po tym, jak Stelmet zgubił koncentrację, a trafiać zaczęli Robert Witka i Michał Sokołowski, to w drugiej połowie gospodarze wciąż kontrolowali sytuację. Co prawda Torey Thomas, gdy wreszcie trafił do kosza i zdobył pierwsze punkty w meczu, zmniejszył straty do 10 punktów (41:51), ale Ponitka rozpoczął wtedy zryw 9:2 i tyle Rosa Stelmet widziała.

Rosa walczyła, ale nie miała w sobotę szans. Waliła głową w mur, przeciwko świetnej momentami obronie Stelmetu (tylko 31% skuteczności z gry radomian), sromotnie przegrała rywalizację o zbiórki - aż 22:47. A w ataku nikt poza Michałem Sokołowskim nie potrafił regularnie zdobywać punktów. „Sokół” rzucił ich 13, ale jego koledzy, amerykańscy obwodowi, ledwie 11 razem - Thomas miał 6, a C.J. Harris 5. Znów nieskuteczni byli też podkoszowi Rosy.

W Stelmecie najwięcej punktów zdobył Bost (15), Koszarek miał 12 punktów, 7 zbiórek i 4 asysty, a Ponitka dodał 10 punktów i 9 zbiórek. Dpbry mecz rozegrał także Adam Hrycaniuk (9 punktów, 7 zbiórek) i w końcówce Saso Filipovski mógł wpuścić na parkiet głębokich rezerwowych Kamila Zywerta i Jakuba Dera.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl
 

Maciej Lampe do kadry!

Kadra | 28.05.2016 11:55

Im bliżej powoływania szerokiej kadry przed eliminacjami do EuroBasketu 2017, tym głośniej będzie się mówiło o Macieju Lampe. Naszym zdaniem, wobec braku dwóch podstawowych środkowych, Mike Taylor powinien go powołać i wykorzystać w ważnej roli.

W tym roku w kadrze nie zagrają Marcin Gortat i Przemysław Karnowski, nie ma też jeszcze 100% pewności, czy w reprezentacji będą - a jeśli tak, to czy od początku zgrupowania - Damian Kulig i Aleksander Czyż, którzy podobno rozważają prawdziwe wakacje, ze względu na sprawy rodzinne. Tak czy inaczej - ze skompletowaniem formacji podkoszowej trener Mike Taylor może mieć ból głowy.

Czy powinien zatem sięgnąć po Macieja Lampego? Obiektywne rzecz biorąc, jest to nasz drugi najlepszy środkowy po Gortacie, pod względem doświadczenia i osiągnięć zdecydowanie przewyższa np. Kuliga, a co dopiero Szymona Szewczyka, Adama Hrycaniuka, Adama Łapetę, Jakuba Parzeńskiego, czy jakiegokolwiek innego gracza, którego mógłby rozważać Taylor.

W kończącym się sezonie Lampe był 19. strzelcem ligi tureckiej, rzucał po 12.8 pkt. na mecz, trafiał 57% rzutów za 2, notował po 7.0 zbiórki w meczu. Jeszcze lepsze średnie miał w Eurocup, w którym zdobywał po 17.0 pkt., miał po 8.7 zbiórki. Jego Besiktas w żadnych z tych rozgrywek sukcesu nie osiągnął, ale Lampe potwierdził, że na tle solidnej europejskiej konkurencji wciąż jest bardzo wartościowym graczem. Pod tym względem nie ma wątpliwości - to gracz na miarę reprezentacji Polski.

Ale też Lampe w kadrze zwykle rozczarowywał. A jeśli już grał na wysokim poziomie, jak w eliminacjach EuroBasketu 2011 (16.6 pkt., 7.6 zbiórki), to skończyło się to rozczarowaniem grupowym, bo Polacy awansu z przeciętnej grupy nie wywalczyli. Sporo się także mówiło na temat gorszej atmosfery, braku porozumienia, obok Lampego zawsze było jakieś „ale”. Czy Taylor, który w budowie drużyny zawsze podkreśla wagę ducha zespołu, właśnie świetnej atmosfery, sięgnie po Lampego?

Naszym zdaniem - powinien! Budowa drużyny budową drużyny, ale te eliminacje trzeba po prostu wygrać bez kłopotów. Estonii, Białorusi i Portugalii nie możemy się bać, ale nie miejmy złudzeń, że ogramy ich na luzie rezerwową formacją - warto pamiętać o męczarniach i porażce z Austrią sprzed dwóch lat. Jeśli na jakiejś pozycji można zrobić przewagę, to trzeba to wykorzystać. Grając z Lampem.

Poza tym kto ma wykorzystać tego gracz, jak nie Taylor? Bezpośredni Amerykanin z otwartym podejściem do wszystkich, utrzymuje kontakt także z 31-letnim środkowym, rozważa jego powołanie. Taylor z Lampem jeszcze nie pracował, środkowego Besiktasu nie było w kadrze od 2013 roku. Czas na początek współpracy, która przywróci świetnego podkoszowego reprezentacji i uczyni ją silniejszą.

handmade kominy

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Wikimedia Commons
 

Naszym zdaniem

Powrót Króla – LeBron James znów w finale NBA!

NBA | 28.05.2016 08:57

Raptors ostatecznie rozbici w Toronto - Cleveland Cavaliers dzięki zwycięstwu 113:87 (4:2 w serii) meldują się jako pierwszy zespół w wielkim finale NBA. Szóstym z rzędu dla LeBrona.

Gdy sytuacje zrobiła się poważniejsza, LeBron James postanowił w końcu wziąć sprawy w swoje ręce. W szóstym spotkaniu w Toronto zagrał jak dotąd najlepszy mecz tegorocznego playoff – zanotował 33 punkty, 11 zbiórek, 6 asyst i 3 bloki. I fruwał nad koszami, potwierdzając, że jest w najlepszej formie fizycznej od kilku sezonów.

Skuteczność obu zespołów była inna, niż w dwóch pierwszych meczach w Toronto. Tym raze to Raptors nie mogli się bardzo długo wstrzelić, a Cavaliers wpadało niemal wszystko – trafili w pierwszej połowie 10 z 15 rzutów z dystansu. James nie wygrał oczywiście tego meczu sam. Gdyt gospodarze w końcu się obudzili - po przerwie szalał Kyle Lowry (35 pkt.), niemal w pojedynkę niwelując starty do 10 pkt., sprawy w swoje ręce dla odmiany wziął Kyrie Irving (30 pkt.). Drugi z rzędu bardzo dobry mecz zagrał też Kevin Love – 20 pkt. i 12 zbiórek. 

Mimo dwóch porażek na wyjazdach, Cavs pokazali, że w serii byli zdecydowanie lepsi od nierównych Raptors, któryz i tak awansem do finału Wschodu odnieśli swój największy sukces w historii klubu. Ich trener Dwane Casey przekonał niedowiarków i zachował posadę, Lowry i DeMare DeRozan potwierdzili, że potrafią grać świetnie także w meczach o stawkę, a Bismack Biyombo stanie się w wakacje jednym z najbardziej pożądanych obiektów na rynku transferowym.

Historię tworzy jednak LeBron James. To pierwszy zawodnik (od dominacji Celtics 50 lat temu), który szósty raz z rzędu awansował do finałów NBA. Jego ewentualny trzeci pierścień mistrzowski, byłby oczywiście pierwszym dla Cleveland, tyle razy publicznie obiecywanym „odkupieniem”. W pierwszej próbie (2007 r.) zdecydowanie za silni okazali się San Antonio Spurs, a rok temu – po wspaniałej serii – Golden State Warriors.

Cavs chwilę poczekają jeszcze na finałowego rywala. W rywalizacji Thunder – Warriors dość nieoczekiwanie prowadzi zespół z Oklahomy 3:2 i ma przed sobą (noc z soboty na niedzielę) mecz na własnym parkiecie. Bez względu na rozstrzygnięcie, wielkie finały rozpoczną się w najbliższy czwartek, 2 czerwca. Czekamy!

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

(fot. Wikimedia Commons)

Video

  • PLK: Top 10 15. tygodnia
  • Top 10 PLK - 6-12.01
  • PLK: Top 10 11. kolejki

Co może poprawić Rosa?

PLK | 27.05.2016 23:28

Zbiórki, skuteczność Torey’a Thomasa, punkty wysokich - jeśli Rosa poprawi te elementy, to może tym razem naprawdę zaskoczy Stelmet i wygra.

Rosa nie zagrała w czwartek wielkiego meczu, ale do wyrównanej walki wystarczył jej dobry początek i świetny zryw w czwartej kwarcie. Stelmet rozczarował, nie zdominował gry, nie narzucił swoich warunków, dał się dogonić. Co musi zrobić Rosa w sobotę, by wykorzystać słabszy dzień mistrza Polski, jeśli ten znów się pojawi?

1. Skuteczniej walczyć o zbiórki, bo w pierwszym meczu Rosa przegrała tę rywalizację aż 35:53. Szczególnie boleć musiały radomian piłki, których nie udało się zebrać w obronie - Stelmet miał aż 15 „desek” w ataku. Dysproporcja w punktach z ponowienia - 17 Stelmetu, 11 Rosy - nie była duża, ale w zaciętym meczu zakończonym dwiema dogrywkami, takie akcje punktowe rywala, jak np. po zbiórkach ofensywnych niskiego Dee Bosta, podcinają skrzydła.

2. Liczyć na skuteczność Torey’a Thomasa. O tym, jak pudłuje Amerykanin, niedawno pisaliśmy - w playoff ma 28/89 z gry i choć ważne rzuty trafia, to jednak nie miał jeszcze meczu, w którym regularnie znajdowałby drogę do kosza. Jeśli Thomas zagra na 20 punktów przy ponad 40% skuteczności, gra Rosy zyska nowy wymiar.

3. W obronie Rosa wypadła dobrze, Stelmet przez 40 minut zdobył 68 punktów, trafił 37% rzutów. Ten poziom defensywy trzeba utrzymać, liczyć, że nie obudzi się Mateusz Ponitka, ale poprawić też własny atak. Szczególnie pod koszem, bo wysocy Rosy (Igor Zajcew, Robert Witka i Kim Adams) mieli tylko 5/20 z gry. Jeśli będą skuteczniejsi, więcej miejsca powinni mieć Michał Sokołowski, C.J. Harris i Thomas.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl
 

Torey Thomas - generał pudło

PLK | 27.05.2016 22:51

Amerykański rozgrywający nigdy nie olśniewał skutecznością, ale w tym playoff pudłuje już na potęgę. Co jednak będzie, jeśli Torey Thomas zacznie trafiać?

39% skuteczności z gry w Turowie w sezonie 2010/11, 34% w obecnych rozgrywkach w Rosie. A w playoff - już tylko 28%. Dokładnie - 25/89. W siedmiu meczach z Polfarmeksem, Anwilem i Stelmetem, Thomas rzucał tak: 5/12, 4/12, 4/14, 1/6, 2/7, 3/12, 2/12, 4/14. Niektóre z tych wskaźników są fatalne.

To wszystko nie oznacza jednak, że Thomas gra źle. Amerykanin, który chyba ma zielone światło od Wojciecha Kamińskiego, a przynajmniej czasem gra tak, jakby je miał, ma też umiejętność trafiania ważnych rzutów. Z Polfarmeksem, Anwilem, nawet ze Stelmetem - trafia rzadko, ale zwykle kiedy trzeba. Jego średnia w playoff to 11.3 pkt. na mecz, ten wskaźnik ratują przyzwoicie wykonywane wolne - 28/36, 78%.

Do tego Thomas, motor napędowy Rosy, ma średnio po 6.7 zbiórki, 5.5 asysty, 1.8 przechwytu i 2.1 straty. Gra bardzo dużo, nie schodzi poniżej 30 minut, a ze Stelmetem był na boisku przez blisko 47. Reguluje tempo, uspokaja lub przyspiesza grę, jest solidny w obronie. Rosę bez Thomasa nie sposób sobie wyobrazić, nawet jeśli Amerykanin ma słabsze momenty.

Jeśli jednak Thomas zacznie trafiać, może być nie do zatrzymania. W tym sezonie miał cztery spotkania ze zdobyczą ponad 20 punktów, czyli jeszcze pamięta, jak to się robi. Czy stać go na taki występ, jak 5 lat temu w finale w Prokomem? W drugim spotkaniu Thomas rzucił wówczas aż 31 punktów (8/19 z gry, 12/16 z wolnych), jego Turów wygrał wówczas w Gdyni wyrównując stan finału na 1:1. I o tym pewnie marzą teraz w Radomiu.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl

Ostatnie wyniki

TBL | NBA | EL | 1LM | 2LM | BLK

Siarka Tarnobrzeg
Trefl Sopot
06.03 92
81
Wilki Morskie Szczecin
Start Lublin
06.03 121
70
Śląsk Wrocław
Anwil Włocławek
06.03 69
86
Energa Czarni Słupsk
Polfarmex Kutno
05.03 87
84
Polpharma Starogard Gd.
Polski Cukier Toruń
05.03 74
73
AZS Koszalin
Rosa Radom
05.03 79
85
Rosa Radom
Asseco Gdynia
29.02 87
80
Polfarmex Kutno
PGE Turów Zgorzelec
28.02 84
69
BM Slam Stal Ostrów Wlkp.
MKS Dąbrowa Górn.
28.02 87
68
Stelmet Zielona Góra
Siarka Tarnobrzeg
27.02 101
78
Detroit Pistons
New Orleans Pelicans
21.02 106
111
Oklahoma City Thunder
Cleveland Cavaliers
21.02 92
115
Denver Nuggets
Boston Celtics
21.02 101
121
Phoenix Suns
San Antonio Spurs
21.02 111
118
Brooklyn Nets
Charlotte Hornets
21.02 96
104
Orlando Magic
Indiana Pacers
21.02 102
105
Toronto Raptors
Memphis Grizzlies
21.02 98
85
Dallas Mavericks
Philadelphia 76ers
21.02 129
103
Chicago Bulls
Los Angeles Lakers
21.02 126
115
Portland Trail Blazers
Utah Jazz
21.02 115
111
Lokomotiw Kubań Krasnodar
Darussafaka Stambuł
12.02 82
58
Panathinaikos Ateny
Efes Stambuł
12.02 83
78
CSKA Moskwa
Olympiakos Pireus
12.02 92
85
FC Barcelona
Żalgiris Kowno
12.02 92
86
Crvena Zvezda Telekom Belgrad
Cedevita Zagrzeb
11.02 94
74
Fenerbahce Stambuł
Unicaja Malaga
11.02 80
59
BK Chimki
Real Madryt
11.02 82
93
Laboral Kutxa Vitoria
Brose Baskets Bamberg
11.02 90
64
Efes Stambuł
Fenerbahce Stambuł
05.02 73
77
Żalgiris Kowno
CSKA Moskwa
05.02 54
94
Znicz Pruszków
Sokół Łańcut
05.03 72
68
GKS Tychy
ACK UTH Rosa Radom
05.03 102
84
AZS Mickiewicz Katowice
Pogoń Prudnik
05.03 82
77
Spójnia Stargard Szcz.
SKK Siedlce
05.03 81
76
Miasto Szkła Krosno
Noteć Inowrocław
05.03 112
82
Biofarm Basket Poznań
Doral Nysa Kłodzko
05.03 44
51
Śląsk II Wrocław
GTK Gliwice
05.03 64
69
Legia Warszawa
Astoria Bydgoszcz
04.03 109
73
Noteć Inowrocław
Śląsk II Wrocław
02.03 62
68
Astoria Bydgoszcz
Biofarm Basket Poznań
02.03 68
76
Trefl II Sopot
Politechnika Gdańska
06.03 94
73
SMS Władysławowo
Kotwica 50 Kołobrzeg
06.03 59
121
BC Obra Kościan
Asseco II Gdynia
06.03 73
96
TKM Włocławek
AZS UMK Consus PBDI Toruń
06.03 65
73
Itago Gdynia
Domino Inowrocław
06.03 63
76
KK Warszawa
Polonia Warszawa
06.03 70
41
Start II Lublin
Księżak Łowicz
06.03 77
76
Rosa III Radom
Stal St. Wola
06.03 60
69
MCS Daniel Gimbaskets 2 Przemyśl
Tur Bielsk Podlaski
06.03 87
71
Pogoń Ruda Śl.
Alba Chorzów
06.03 71
79
Basket Gdynia
Pszczółka AZS Lublin
26.10 71
75
Wisła Can-Pack Kraków
Ślęza Wrocław
26.10 83
64
Artego Bydgoszcz
MKS Konin
25.10 103
62
MKK Siedlce
Energa Toruń
25.10 65
86
KK ROW
Widzew Łódź
25.10 75
53
CCC Polkowice
AZS Gorzów Wlkp.
25.10 69
67
KK ROW
Basket Gdynia
16.10 62
59
Ślęza Wrocław
CCC Polkowice
05.10 54
63
Wisła Can-Pack Kraków
Basket Gdynia
04.10 96
37
Widzew Łódź
MKK Siedlce
04.10 56
75

REKLAMA

Mike D’Antoni – jeszcze mniej obrony w Houston?

NBA | 27.05.2016 16:50

Z Knicks była klapa, z Lakers była klapa, więc teraz Houston Rockets biorą go na trenera. Logiczne?

Mike D’Antoni zostanie nowym trenerem Houston Rockets – donoszą nieoficjalnie od około doby wszelkie amerykańskie serwisy. Słynny specjalista od ultra ofensywnej koszykówki ma podpisać 3-4 letni kontrakt. Ostatnio trener włoskiego pochodzenia był jednym z asystentów w Filadelfii, a przez ostatnie lata zupełnie nie spełniał pokładanych w nim nadziei.

Największe (jedyne?) sukcesy D’Antoni święcił w Phoenix Suns, gdzie pracując w latach 2003-08 postawił na grę bardzo szybkim atakiem, nazywanym popularnie „siedem sekund lub mniej” (Seven Seconds or Less). W sezonie 2005-06 został wybrany trenerem roku w NBA, notując z zespołem bilans 62-20. Sęk w tym, że miał wówczas do dyspozycji idealnego do takiego ataku Steve’a Nasha, w szczytowej formie. I tak nie udało im się ani razu awansować do finału NBA.

W następnych latach z wielkimi nadziejami zatrudniano D’Antoniego w New York Knicks i Los Angeles Lakers, ale w obu przypadkach zawodził. Jego koncepcje jakoś nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. Z Knicks odszedł sam po tym, jak przez 4 lata tylko raz awansował do playoff. Z Lakers zrezygnował po dwóch latach, notując tragiczne bilanse z zespołem zdziesiątkowanym przez kontuzje. Miał też problem z dogadaniem się z zawodnikami (np. Pau Gasol), którym nie odpowiadała szybka gra niskim składem.

Przychodzi do Rockets, którzy już teraz są specyficzną drużyną zdominowaną w ataku przez Jamesa Hardena – słynnego z wielu talentów, ale raczej nie z zamiłowania do defensywy. Klub twierdzi, że w pracy nad obroną mają coacha wspomagać nowi asystenci, z którymi także toczą się teraz rozmowy. Z doniesień mediów wynika też, że decyzję o zatrudnieniu D’Antoniego podjął osobiście właściciel klubu. Sporo wskazuje na to, że nie uznał za stosowne przy okazji spytać o opinię fachowców.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

(fot. Wikimedia Commons)

Dee Bost – to luksus mieć takiego zmiennika

27.05.2016 13:41

Nikt tak nie zagrał w finale od czasów Qyntela Woodsa – Dee Bost zaliczył 26 punktów, 6 asyst, 6 zbiórek i w najważniejszych momentach meczu ratował Stelmet Zielona Góra.

Dee Bost regularnie wychodzi w meczach Stelmetu z ławki, miejsce w pierwszej piątce na dwójce zajmuje zazwyczaj Przemysław Zamojski. Amerykanin w pierwszym meczu finału grał jednak aż tak dobrze, że to jego na drugą połowę trener Filipovski wypuścił w pierwszym składzie i trzymał łącznie na boisku aż 37 minut.

Amerykanin w czwartek był kluczową dla wygranej Stelmetu postacią przynajmniej z kilku powodów. Jego energia (rzuty i podania) pozwoliła gospodarzom zbudować przewagę na początku meczu. To on trafiał z dystansu w odpowiedzi na szalone rzuty Michała Sokołowskiego w czwartej kwarcie, ratując dogrywkę dla swojego zespołu. Imponował też grą w roli rozgrywającego – popisując się przytomnymi i efektownymi asystami.

Znaczenia i wszystkich zasług Bosta nie widać tylko w statystykach. To on w dużej mierze odpowiada za kiepską skuteczność z gry Toreya Thomasa. I jak niewielu graczy potrafi się odnaleźć w teoretycznie beznadziejnej sytuacji, by zebrać kluczową piłkę w ataku i łatwymi punktami podciąć skrzydła rywalowi.

Dee Bost zaliczył 26 punktów, 6 zbióerek i 6 asyst Ostatni raz taką "linijkę" w finałach miał Qyntel Woods w sezonie 2008/09 – podali po meczu statystycy z Pulsu Basketu. Amerykanin imponuje formą od początku playoff i przy dość wyciszonym Mateuszu Ponitce jest w tym momencie najgroźniejszym ofensywnie graczem mistrza Polski. I zapewne to z nim obrona Rosy znów będzie miała olbrzymie problemy w finałowym meczu numer 2.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

(Fot. A. Romański, plk.pl)

Zielona Góra – sędziowie znów to zrobili

PLK | 27.05.2016 10:37

Pierwszy mecz Stelmetu z Rosą był podobny do pierwszego spotkania z Czarnymi – mieliśmy wielkie sportowe emocje i bardzo słabą pracę sędziów.

Po pierwszym meczu finału znów zawrzało wśród kibiców w całej Polsce. Błędy sędziów w kluczowych momentach meczu Stelmet – Rosa były tak oczywiste, że wprost mówili o nich nawet komentatorzy Polsatu Sport News, zazwyczaj bardzo ostrożni w swoich ocenach.

Naszym zdaniem wszystko jest kwestią przypadku i po prostu gorszej dyspozycji arbitrów. Jednak pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że równie kiepska forma przytrafiła się już niedawno sędziom w Zielonej Górze – w trakcie pierwszego meczu półfinałowego z Energą Czarnymi Słupsk. Również wówczas kibice wrzeli z oburzenia na rażące pomyłki. Napisaliśmy wówczas, że wyniku spotkania to nie wypaczyło. Czarni byli wówczas dalej od wygranej niż w czwartek Rosa, ale skali skandalu to nie zmienia.

Bez dostępu do powtórek – chcąc być fair – nie możemy przeanalizować wszystkich sytuacji, ale kilka przykładów należy wymienić. Na pewno jest nim zamieszczona w telewizyjnym skrócie spotkania akcja Toreya Thomasa – na 2 sekundy przed końcem pierwszej dogrywki. Nie odgwizdano przewinienia przy remisie, choć kontakt obrońcy (Łukasz Koszarek) był ewidentny, a wcześniej w trakcie spotkania takie zdarzenia uznawano za faul (np. sytuacja Dee Bost - Sejd Hajrić).

- Muszę zobaczyć tę akcję na wideo. Kontakt z pewnością był, ale trudno mi w tej chwili cokolwiek więcej powiedzieć - mówił tuż po meczu Koszarek przed kamerą Polsatu. A kibice nie mają też wątpliwości, że po wybuchu emocji i pretensjach do sędziów, kapitan Stelmetu powinien zostać ukarany drugim przewinieniem technicznym, skoro po pierwszym wcale nie przestał się awanturować.

Trudno jednak pisać o teoriach spiskowych, sędziowie robili też błędy na korzyść Rosy (choć nie tak spektakularne). Trener Wojciech Kamiński pokazał po meczu klasę mówiąc na konferencji o zaufaniu do najlepszych sędziów w Polsce i braku pretensji. Jednak po tym meczu goście mają prawo czuć się mocno rozgoryczeni. Sędziowie pierwszego spotkania po prostu nie dostosowali się poziomem do finału PLK. Co na to liga?

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Tomasz „Fijołek” Fijałkowski/Rosa Radom

Michał Sokołowski nad Mateuszem Ponitką

PLK | 27.05.2016 07:52

W pierwszym meczu finału PLK skrzydłowy Stelmetu zrobił wiele pożytecznych rzeczy, ale nie wziął na siebie ciężaru gry. Jego rywal z Rosy - przeciwnie. Znów zagrał jak lider.

Rywalizacja Ponitki z Sokołowskim, to jeden ze smaczków finału - gracz Stelmetu jest jednym z czołowych polskich koszykarzy, skrzydłowy Rosy walczy o miejsce w reprezentacji i powinien je osiągnąć. Nie ma wątpliwości, że lepszym graczem jest mający doświadczenie z Euroligi i EuroBasketu Ponitka, ale gołym okiem widać też, że to Sokołowski jest ostatnio w wyjątkowej formie. Gracz Rosy udowodnił to w czwartek, rozgrywając lepszy mecz niż Ponitka.

„Sokół” znów zagrał jak prawdziwy lider. Po tym, jak w półfinale z Anwilem notował średnio 19.7 pkt. (47% z gry), miał po 5 zbiórek i 2.7 asysty, w pierwszym meczu w Zielonej Górze zdobył 23 punkty, 7 zbiórek, 3 asysty i 3 przechwyty, wymusił 9 fauli. Nie przeszkodziła mu kuriozalna akcja, w której wybił piłkę z kosza głową przy próbie wsadu, nie wybiły go z rytmu początkowe pudła z wolnych. W sumie z linii miał 8/11, a większość rzutów oddał w ważnych momentach.

Sokołowski szczególnie błysnął w czwartej kwarcie i w dogrywkach, w których rzucił 16 ze swoich 23 punktów. Trafiał z dystansu, zachował zimną krew na linii wolnych, potrafił ograć Ponitkę tyłem do kosza, dobrze spisywał się też w obronie przeciwko MVP ligi. Gdyby Rosa mecz w Zielonej Górze wygrała, Sokołowski byłby jej bohaterem obok Torey’a Thomasa, który rozpoczął zryw w 30. minucie.

O Ponitce trudno napisać, że zawiódł, ale spodziewaliśmy się po nim większej roli w ataku, częstszego brania odpowiedzialności, skuteczniejszej gry. Jego rola w Stelmecie, w którym dobre momenty mieli także Dee Bost, Łukasz Koszarek czy Vlad Moldoveanu, jest inna niż Sokołowskiego w Rosie. Momenty, w których Ponitka próbował pociągnąć zespół, były jednak rzadkie. A kiedy się zdarzały, efektów nie było.

MVP sezonu zdobył tylko 6 punktów, miał 2/9 z gry i nie chodzi nawet o pudła w ostatnich sekundach czwartej kwarty i pierwszej dogrywki. To były trudne, sytuacyjne rzuty. Ponitka pudłował także te łatwiejsze, z dystansu miał 0/5, nie rozbijał obrony Rosy wejściami, wymusił tylko 2 faule.

Sam jednak w obronie grał świetnie - Ponitka miał aż 14 zbiórek, 3 przechwyty i 2 bloki. Szczególnie w końcówce meczu udało mu się kilka razy przerwać akcje rozpędzającej się Rosy. Ponitka po raz kolejny udowodnił, że mając słabszy dzień w ataku, potrafi pomóc drużynie na wiele sposobów. To też ważna umiejętności.

W finale jest zatem 1:0 dla Stelmetu i to wynik najważniejszy - obrońcy tytułu zdołali wygrać pomimo słabszego ofensywnie występu Ponitki i bardzo dobrej gry lidera rywali. W reprezentacyjnej hierarchii skrzydłowych nic się nie zmieniło, być może się w ogóle nie zmieni. Ale w pierwszym meczu to Sokołowski leciał nad Ponitką, a nie odwrotnie.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl
 

Stephen Curry i zwycięskie 91%

NBA | 27.05.2016 07:10

Golden State Warriors zagrali dłużej wyższym składem, zmienili kilka założeń defensywnych i pokonali Oklahoma City Thunder 120:111. Stephen Curry zagrał na 91% możliwości.

Warriors prowadzili przez większość meczu, po 36 minutach było 81:77. Ostatnią część obrońcy tytułu zaczęli od wyniku 8:0, a kiedy Thunder zbliżyli się na odległość pięciu punktów na 4.5 minuty przed końcem, to trzypunktową akcją odpowiedział Stephen Curry. MVP zdobył 31 punktów, miał 7 zbiórek, 6 asyst, 5 przechwytów i 5 strat. - Myślę, że grał na 91% - stwierdził po meczu Steve Kerr, z uśmiechem odnosząc się do spekulacji, na ile procent swoich możliwości gra w finale Konferencji Curry.

27 punktów dla Warriors rzucił Klay Thompson, ale za kluczowego gracza piątego spotkania uznano Andrewa Boguta, nie tylko ze względu na jego 15 punktów i 14 zbiórek. Australijczyk grał aż przez 30 minut, najdłużej w tegorocznym playoff i zadanie wypełnił. Bardzo dobrze bronił w polu trzech sekund, m.in. ze względu na jego obecność goście mieli tylko 5/20 z gry z tego miejsca w pierwszej połowie. Na fizyczną grę Thunder Warriors odpowiedzieli podwyższeniem składu i to się opłaciło.

Thunder oczywiście walczyli - Durant rzucił 40 punktów, a Russell Westbrook dodał 31 (także 7 zbiórek, 8 asyst, 5 przechwytów i 7 strat), ale trafiali nienajlepiej. Durant miał 12/31, a Westbrook - 11/28 z gry. Goście prowadzili jednak punktem w połowie trzeciej kwarcie i do końca naciskali na Warriors. W ostatnich minutach dwie bardzo ważne akcje w obronie wykonał Curry, który zatrzymywał Duranta zabierając mu piłkę.

Szóste spotkanie w sobotę w Oklahoma City.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Wikimedia Commons
 

Dwie dogrywki i emocje! Stelmet obronił twierdzę

PLK | 26.05.2016 22:27

Wszyscy już chyba zwątpili w Rosę, ale nie zrobili tego koszykarze z Radomia. Świetna pogoń w drugiej połowie napędziła stracha Stelmetowi, ale po dwóch dogrywkach mistrzowie Polski zdołali obronić twierdzę CRS. Wygrali 86:80, w finale jest 1:0.

Ale to były emocje! Najpierw w czwartej kwarcie, w której mieliśmy popisy gwiazd (Michała Sokołowskiego i Dee Bosta), zmieniające się prowadzenie i nerwy liderów. Stelmet prowadził 68:66 na 22 sekundy przed końcem, Rosa miała czas. Faulowany C.J. Harris trafił dwa wolne - Saso Filipovski poprosił o przerwę, jego zespół miał 17 sekund. Bost jednak spudłował po indywidualnym wejściu, trudna dobitka Mateusza Ponitki też była niecelna.

W dogrywce było wiele chaosu, który po stronie Rosy objawiał się stratami i faulami (te dwa Igora Zajcewa były bardzo dyskusyjne...), czego Stelmet jednak nie wykorzystał. 3 sekundy przed końcem, przy remisie, sędziowie znów podjęli kontrowersyjną decyzję nie gwiżdżąc w sytuacji, w której Torey Thomas powiesił w powietrzu Łukasza Koszarka i doszło do kontaktu przy próbie rzutu. Zamiast wolnych dla rozgrywającego Rosy, szansę na wygraną dostał Stelmet, ale Bost, a potem Ponitka, nie wykorzystali okazji.

W drugiej dogrywce, przy coraz większym zmęczeniu, decydowały już pojedyncze rzuty, a tych więcej trafili gospodarze. Adama Hrycaniuka dobrze obsługiwali podaniami po pick and rollach Koszarek i Bost (26 punktów, 6 zbiórek, 6 asyst), a środkowy Stelmetu trafiał. 1.29 minuty przed końcem, po jego wolnym, było 82:78 dla mistrzów Polski. Tej straty, mimo wysiłków świetnego Sokołowskiego (23 punkty, 7 zbiórek, 3 asysty), Rosa już nie odrobiła.

Radomianie mecz zaczęli bardzo dobrze - bohater półfinału Sokołowski szybko zdobył 7 punktów, po jego trójce goście prowadzili 13:8. Ale mniej więcej wtedy wszedł na boisko Bost, którego akcje szybko odmieniły wynik. Amerykanin świetnie podawał, ale też trafiał i po pierwszej kwarcie Stelmet wygrywał 21:19, m.in. właśnie dzięki punktom i asystom Bosta. Na dodatek kilka mądrych, skutecznych akcji pokazał też Łukasz Koszarek.

Do przerwy było tylko 35:30 dla mistrza Polski, bo Stelmet, choć gołym okiem widać było, że przeważa nad Rosą, popełniał straty. Do przerwy miał ich 9 i dlatego na nic nie zdawała się przewaga w skuteczności rzutów i w zbiórkach. Rosa mogłaby wykorzystać niefrasobliwość gospodarzy, gdyby była skuteczniejsza (Sokołowski sam wybił piłkę z kosza przy swoim wsadzie) i popełniała mniej niepotrzebnych fauli (Sokołowski, Daniel Szymkiewicz).

Przewaga Stelmetu była niewielka, a emocje chwilowo opadły - po pierwszej, efektownej kwarcie, w dwóch kolejnych oglądaliśmy dość siermiężną grę ze sporą ilością nieudanych akcji, które nie zawsze wynikały z wyjątkowo dobrej obrony. W końcówce trzeciej kwarty gospodarze uciekli na kilkanaście punktów, znów dzięki akcjom Bosta. Trójka słabego przez 30 minut Torey’a Thomasa sprawiła, że po 30 minutach było „tylko” 52:43 dla Stelmetu.

Amerykanin z Rosy takim samym rzutem rozpoczął czwartą kwartę, radomianie zbliżyli się na odległość dwóch trafień. Thomas poszedł za ciosem, trójkę trafił Sokołowski i nagle bezpieczna, wydawałoby się, przewaga Stelmetu zmalała do 54:51 na 7 minut przed końcem. I, co ciekawe, obrońcy tytułu wyglądali na bezradnych w kilku kolejnych akcjach w ataku, obrona Rosy pracowała na wysokim poziomie.

Trafiać przestał Koszarek, bezsilny bywał Ponitka, Stelmet miał Bosta, ale Rosa - Sokołowskiego! 24-letni skrzydłowy miał świetne kilka minut i 4.36 minuty przed końcem wyprowadził Rosę na prowadzenie 57:56. Po chwili Zajcew podwyższył na 59:56 i Stelmet znalazł się w opałach. Do końca było 4 minuty i 8 sekund.

Po czasie dla Filipovskiego Stelmet rzucił 6 kolejnych punktów bez straty, odzyskał prowadzenie. Było 62:59, ale Rosa, m.in. po technicznym faulu zagotowanego Koszarka, znów miała przewagę. Po trzech wolnych Sokołowskiego prowadziła 64:62 i miała piłkę. Ale ją straciła, a potem doszło do emocjonującej wymiany koszy, w której skuteczni byli Bost i Harris, a ich wymiana koszy zakończyła się remisem po 40 minutach.

Drugie spotkanie odbędzie się w sobotę w Zielonej Górze o 20.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl
 

To wciąż może być wygrany sezon Anwilu!

PLK | 26.05.2016 13:48

Brązowy medal byłby świetnym potwierdzeniem, że klub z Włocławka odrodził się i idzie we właściwym kierunku. Z przewagą parkietu ma spore szanse w rywalizacji z Energą Czarnymi.

Nikt tego głośno nie powie, ani kibice, ani klub, ale półfinał z Rosą to była jednak sporego kalibru porażka. Anwil przegrał rywalizację sportowo i taktycznie, nie wykorzystał zwycięstwa w pierwszym meczu w Radomiu, oddając dwa spotkania w niezdobytej wcześniej Hali Mistrzów. Jednak porażki przytrafiają się wszystkim. Dzięki ewentualne zwycięskiej batalii w serii o brąz – może to być zwycięski sezon zespołu, który w rok podniósł się z ligowego dna (12 miejsce).

Cała drużyna będzie miała przy tej okazji coś do udowodnienia, ale najbardziej swoją faktyczną klasę będą chyba chcieli potwierdzić David Jelinek i Igor Milicić. Czeski skrzydłowy zagrał fatalną serię z Rosą (34% z gry, 2.8 straty na mecz), został zupełnie zdominowany przez Michała Sokołowskiego. W meczach z Czarnymi, nie mając na swojej pozycji aż tak wymagającego rywala, będzie mógł przypomnieć kibicom, dlaczego uznawano go za talent na europejską skalę.

Igor Milicić, na ogół chwalony za sezon zasadniczy, wyraźnie przegrał półfinale rywalizację z Wojciechem Kamińskim. Nie znalazł nowych rozwiązań w obronie, gdy „firmowa” strefa Anwilu została rozgryziona, a jego zespół był do serii gorzej przygotowany fizycznie. Donaldas Kairys to też wymagający rywal, będzie więc idealna okazja, aby pokazać umiejętności i pokazać, że także w playoff Milicić potrafi przecież wygrać coś realnego.

Anwil w półfinale miał sporo problemów zdrowotnych, ale przynajmniej część z nich (urazy Chylińskiego i Diduszki, choroba Dmitriewa) powinna, dzięki nadzwyczaj długiej przerwie do 29 maja, już zostać zaleczona. Atutem powinna być też przewaga parkietu, bowiem oba zespoły grają wyraźnie słabiej na wyjazdach.

Zainteresowanie we Włocławku, pełne trybuny, entuzjazm tamtejszych fanów – to wszystko dobre wiadomości dla całej ligi. Ewentualny brąz byłby też świetną wiadomością dla samego Anwilu. Potwierdzeniem, że po chudszych latach wszystko wróciło na właściwe tory.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Tomasz „Fijołek” Fijałkowski/Rosa Radom

Rozczarowujący wybór Jakuba Parzeńskiego

PLK | 26.05.2016 10:30

Zamiast pracy z Wojciechem Kamińskim w grającej w Europie Rosie, 25-letni środkowy wybrał większe pieniądze w przeciętnym klubie z Dąbrowy. Czy Drażen Anzulović i minuty na boisku pozwolą Jakubowi Parzeńskiemu na postęp?

Od kilku tygodni na giełdzie transferowej słychać było, że Jakub Parzeński odrzuci propozycję podpisania nowego kontraktu z Asseco i wybierze jeden z dwóch klubów: Rosę Radom lub Dąbrowę Górniczą. 25-letni środkowy w końcu wybrał - Dąbrowie gratulujemy, pozyskanie wielkiego Polaka pod kosz, gdy rywalem był finalista ligi, to sukces. A co z Parzeńskim?

Mając do wyboru grę w europejskich pucharach, do których z pewnością zgłosi się Rosa po udanym debiucie w tym sezonie, a także grę o medale w PLK, mierzący 212 cm wzrostu środkowy wybrał klub o zdecydowanie niższym potencjale. Mało tego - Dąbrowa w kończącym się sezonie wypadła gorzej niż Asseco, w którym Parzeński występował. Choć oczywiście pamiętać należy, że dla Dąbrowy to był trudny sezon - zmiany trenera, ale przede wszystkim: kontuzji, urazów, chorób.

Jeśli prawdą okazała się pensja w wysokości 30 tys. zł. miesięcznie, o której się mówiło, to Parzeńskiego do podpisania dwuletniego kontraktu skłoniły pewnie pieniądze. To argument rozsądny. Ale zawodnik też najwyraźniej uznał, że Rosa to dla niego za wysokie progi. Że po dwóch latach solidnych postępów w Asseco, wciąż potrzeba mu minut w zespole, któremu wystarczy awans do playoff. W Dąbrowie Parzeński jest w tej chwili trzecim graczem na pozycje 4-5, obok Sama Dowera i Witalija Kowalenki.

Na co mógłby liczyć w Rosie? Wojciech Kamiński chciał zastąpić Parzeńskim Sejda Hajricia, ale przykłady poprzednich sezonów pokazują, że trener Rosy ma dobrą rękę do Polaków, którzy robią u niego wyraźne postępy i skutecznie walczą o lepsze miejsce w rotacji. Kamiński i Rosa są na fali, ale Parzeński nie chciał na nią wskoczyć. Zagra w Dąbrowie, gdzie ekstraklasy wciąż się uczą, gdzie trudno o przykłady polskich graczy, którzy się rozwinęli, zrobili postęp.

Oczywiście trener Dąbrowy Drażen Anzulović, to szkoleniowiec z bardzo dobrym CV - z Ciboną Zagrzeb zdobywał mistrzostwo Chorwacji i grał w Eurolidze, dwukrotnie wygrywał mistrzostwo Belgii ze Spirou Charleroi. Ale to było dekadę temu. W ostatnich latach, także w minionym, trudnym sezonie w Dąbrowie, Chorwat nie olśnił. Na trenerskiej giełdzie w PLK jego akcje stoją zdecydowanie niżej niż Kamińskiego.

Parzeński jest być może w najważniejszym momencie kariery - ma już 25 lat, nie jest graczem młodym, choć na pewno ma spore możliwości rozwoju, wciąż rozpatrywany jest jako kandydat do reprezentacji Polski. W sezonie 2013/14 rzucał po 3.1 pkt. oraz miał po 2.7 zbiórki grając po 11 minut w Śląsku, ostatnio notował po 8.0 pkt. oraz 5.9 zbiórki w 19 minut w Asseco.

Środkowy poprawił w tym czasie praktycznie każdy element gry poza rzutami wolnymi, ale wciąż ma za mało zdecydowania w wykańczaniu akcji, musi pracować nad szybkością poruszania się pod obręczą. Cel na ten sezon? Jeśli w drużynie walczącej o playoff nie będzie grał po 20-30 minut, nie zacznie regularnie notować double-double (w minionym sezonie tylko dwa), reprezentacyjne oczekiwania zejdą na drugi plan. A propozycja z Rosy może już się nie powtórzyć.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Andrzej Romański/Plk.pl
 

Uczelnia Stephena Curry’ego zainteresowana Marcelem Ponitką

PLK | 26.05.2016 10:14

Młodszy brat Mateusza Ponitki zdał amerykańską maturę i poważnie myśli o grze w NCAA. 18-letnim obwodowym zainteresowana jest uczelnia Davidson, gdzie studiował i grał Stephen Curry.

Marcel Ponitka od dawna wykazuje zainteresowanie amerykańską koszykówką - w poprzednim sezonie uczył się i grał w szkole średniej Montverde, z którą zdobył mistrzostwo USA. Polak wychodził w pierwszej piątce obok m.in. Bena Simmonsa. Wrócił do Polski, by wypełnić umowę ze Stelmetem, ale myśli o powrocie za ocean.

- Najbardziej pasowałaby mi uczelnia z programem odpowiednim dla rozgrywających takich jak ja. Chciałbym też trenować indywidualnie, aby być jak najlepszym graczem i wiele osiągnąć ze swoim zespołem w turniejach NCAA. Dla mojej przyszłości ważny jest też fakt łączenia gry w koszykówkę z edukacją - mówił kilka miesięcy temu Ponitka.

Teraz, w rozmowie ze Sportowymi Faktami, koszykarz Stelmetu przyznaje: - Nie wiem jeszcze, co będzie w następnym sezonie, ale NCAA na pewno biorę pod uwagę. Mogę przyznać, że Davidson wyraził zainteresowanie.

Davidson to niewielka uczelnia z Północnej Karoliny, której koszykarski program rozsławił Stephen Curry. MVP NBA grał w Davidson w latach 2006-09, w 2008 roku doszedł w zespołem do Elite Eight turnieju NCAA. Po odejściu Curry’ego Davidson trzykrotnie dochodził do drugiej rundy, w tym roku odpadł w pierwszej rundzie National Invitation Tournament. U Boba McKillopa, który prowadzi zespół od 1989 roku, grało ostatnio pięciu koszykarzy spoza USA.

Marcel Ponitka zagrał w tym sezonie w 18 meczach PLK - rzucał w nich po 3.1 pkt. W 14 meczach Muszkieterów Nowa Sól w II lidze zdobywał po 17.0 pkt., miał po 7.3 zbiórki oraz 4.2 asysty.

Sprawdź aktualne kursy i wygrywaj - kliknij tutaj...

Fot. Facebook.com/Muszkieterowie Nowa Sól
 

Najciekawsze tweety